sobota, 2 marca 2013

Rozdział 5


Bardzo bym chciała, żeby każdy, kto czyta ten rozdział, włączał podkłady, które są wstawione w tym rozdziale. Chciałabym, żebyście poczuli ten rozdział, a muzyka w tym pomoże :)

2005 rok
Zdyszana biegałam w strefie obrony, uporczywie blokując możliwość podania do napastniczki z wrocławskiej drużyny. Jeszcze parę minut i koniec. Wiedziałam i czułam to. Moje mięśnie prosiły o odpoczynek, ale trener ani myślał wykonać zmiany na koniec. Za dużo miałyśmy do stracenia, ten mecz był szansą na awans do finałowego turnieju Mistrzostw Polski.
- WYBIJAJ MAJKA! WYBIJAJ SZYBKO! ZOSTAŁY 2 MINUTY!!
Ocknęłam się ze stanu potężnego zmęczenia i nieuwagi. Podbiegłam na aut i wyrzuciłam piłkę głęboko w murawę. Na główkę przyjęła Ada, potem dynamiczna akcja, idealne prostopadłe podanie do Kaśki – MAMY TO!
Radości nie było końca. Skakałyśmy na środku murawy, a wrocławska drużyna mogła tylko krzywo patrzeć. Zasłużyłyśmy. Byłam tego pewna, jak niczego innego. Teraz tylko po Mistrzostwo Polski.
- Maaaaaaaaaaajson!
- Wlazły, idioto!
Szybko znalazłam się w ramionach przyjaciela. Okręcił mnie parę razy w powietrzu, a naszym śmiechom nie było końca.
- Stawiasz mi kolację dzisiaj! - odezwałam się, kiedy już postawił mnie na ziemi.
- Marzysz – roześmiał się siatkarz – Kolacja to będzie, jak wygracie Mistrzostwa.
Już chciałam nawrzeszczeć na niego, żeby się przestał ze mną drażnić, kiedy zobaczyłam w tłumie tatę.
- TATA!
Momentalnie zostawiłam Wlazłego i wpadłam w objęcia ojca.
- Jestem taki dumny – wyszeptał, mocno ściskając mnie w pasie.

***

Nie wiedziała, że to jej ostatni mecz, który ON zobaczy.

***
styczeń 2006 rok
- Boże, tak się cieszę! NARESZCIE! - piszczałam uradowana.
Po raz kolejny mocno przytuliłam Mariusza.
- Uspokój się, Mała.
- Coś ty taki drętwy, Wlazły?! - nadal nie mogłam się opanować – TY SIĘ ŻENISZ CHOLERA!!! A JA BĘDĘ TWOIM ŚWIADKIEM!!
Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Tak cholernie cieszyłam się, że wreszcie odważył się to zrobić. Byłam pewna, że to właśnie z Pauliną uda mu się stworzyć kochającą rodzinę, dom. Tak, jak zawsze tego chciał.
- A z boku wygląda, jakbyś to ty wychodziła za mąż – zironizował siatkarz, jednak nie mógł zahamować swojego nieustannego uśmiechu.
- Odpieprz się – ucięłam – Ktoś się musi cieszyć, skoro tobie się nie chce.
Atakujący wywrócił oczami o objął mnie ramieniem.
- Cieszę się, Maja. Cieszę się, bo... Bo zawsze tego chciałem.
Nie odezwałam się, nie musiałam. Kiwnęłam głową i jeszcze raz uśmiechnęłam się do niego serdecznie.

***
marzec 2006 rok
- Mamo?! Wróciłam, jesteś?! - krzyknęłam od razu, po przekroczeniu progu domu.
Cisza.
- Mamooo! - zawołałam raz jeszcze i zdziwiona brakiem reakcji, ruszyłam w stronę kuchni.
Siedziała przy stole, z twarzą schowaną w dłoniach.
- Mamo? Co się stało? - zapytałam zaniepokojona, drżącym głosem - Gdzie tata?
Podniosła wzrok i pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak płacze. Pierwszy raz w życiu na jej twarzy nie zobaczyłam uśmiechu. Tylko ból.

***

- JAK MOGLIŚCIE MI DO CHOLERY NIE POWIEDZIEĆ!! - krzyczałam na całą salę szpitalną. Nie panowałam nad złością, nie panowałam nad łzami. W jednej chwili poczułam, jak moje życie rozpada się kawałek po kawałku.
Milczeli.
- Nie chcieliśmy...
- CO NIE CHCIELIŚCIE?! W JEDNEJ CHWILI OKAZUJE SIĘ, ŻE MOJE ŻYCIE JEST PRZEPEŁNIONE KŁAMSTWAMI!! JAK MOGLIŚCIE MI TO ZROBIĆ?!
- Majeczka, uspokój się – usłyszałam łagodny głos ojca, który jeszcze bardziej mnie rozdrażnił.
Drżącymi dłońmi wytarłam policzki i wzięłam głęboki wdech.
- Ile czasu zostało? - zapytałam, próbując opanować łamiący się głos.
Oboje znowu zamilkli.
- Chcę znać prawdę – powiedziałam dobitnie.
Długa cisza, po której usłyszałam wyrok.
- Dwa miesiące.

***
kwiecień 2006 rok
Jak to jest, kiedy dowiadujesz się, że osoba którą kochasz, umiera? Jak to jest widzieć, jak ona umiera? Jak to jest widzieć i nie móc nic zrobić?
- Co z twoimi studiami, kochanie? - zapytał troskliwym głosem tata, po czym donośnie zakaszlał.
Westchnęłam i siadłam na kraju jego znienawidzonego, szpitalnego łóżka.
- Nie wiem, tatuś. Nie mam do tego teraz głowy.
Zamilknął. Chwilę potem poczułam jego chropowatą rękę na swojej.
- Obiecaj mi, że skończysz fizjoterapię. Cokolwiek by się stało, obiecaj mi to – powiedział cicho, ale zdecydowanie.
Cokolwiek się stanie...” Próbując powstrzymać łzy, które przez ostatni miesiąc stały się chyba moimi najlepszymi „przyjaciółmi”, wyszeptałam w stronę ojca:
- Nie potrafię, tato.

***
maj 2006 rok
- Co u Mariusza?
- Nie wiem. Cały czas jest zabiegany – odparłam – Wiesz, przygotowania do ślubu...
Wcale nie było przyjemnie mówić o tym, jak twój najlepszy przyjaciel przygotowuje się do swojego najważniejszego dnia w życiu, a ty dzień w dzień przesiadujesz przy łóżku umierającego ojca.
- Powinnaś być teraz z nimi – stwierdził mężczyzna.
- Powinnam być teraz z tobą tato – ucięłam zdecydowanie – I jestem.

***
- Majka? - usłyszałam głos przyjaciela w słuchawce – Przepraszam, że się do ciebie nie odzywałem...
- Daj spokój, przecież rozumiem.
Ostatni miesiąc był próbą naszej przyjaźni. Próbą, którą jak na razie żadne z nas nie zdaje...
- Co u ciebie? Jak tata? - zagaił ponownie.
- Bez zmian. Wpadnę do was jutro, obiecuję – odpowiedziałam, czując na sobie po raz setny w pewnym sensie odpowiedzialność, za ich ślub.
- Nie musisz...
- Ale powinnam – przerwałam szybko – Mam do ciebie teraz jedną prośbę. Podałbyś mi numer, do tego twojego kolegi z NY, o którym kiedyś mówiłeś?

***
- Majka, zastanów się jeszcze raz... - usłyszałam po raz kolejny z ust przyjaciela.
Zacisnęłam drżące wargi i nerwowo poruszyłam się na sofie Wlazłego.
- Nic mi tutaj nie zostało, zrozum to wreszcie.
- Jak to nic, do cholery... - jęknął Mariusz – Masz mamę, tatę, mnie, studia, klub...
Odwróciłam głowę w stronę okna, próbując ukryć zaszklone oczy.
- Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? - zdobyłam się na pytanie, mimo łamiącego się głosu – Mój tata umiera. UMIERA, MARIUSZ. Za maksymalnie 2 tygodnie go już nie będzie. I wiesz co? Pogodziłam się już z tym. Albo nie! Wmawiam sobie, że się pogodziłam, bo tak jest lepiej...
Płakałam jak dziecko, mimo to czułam, że muszę to wszystko teraz powiedzieć.
- Moja mama jest cieniem, wrakiem człowieka, a ja nie umiem jej pomóc – ciągnęłam, wycierając łzy z policzków – Ty? Nie rozśmieszaj mnie. Za niecały miesiąc się żenisz. Zakładasz rodzinę, budujesz dom, zaczynasz nowe życie. Nie ma dla mnie miejsca w twoim życiu, pogódźmy się wreszcie z tym i dajmy sobie spokój...

***
On? Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Ona? Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Oni? Właśnie czuli, że tracą siebie nawzajem.

***
koniec maja 2006 rok
- Niech wszyscy zapamiętają go jako dobrego, zawsze służącego pomocą człowieka. Pan Tadeusz nigdy nikomu nie odmówił pomocy...
Spojrzałam z nienawiścią na człowieka w czarnej sutannie, który właśnie wspominał przy ambonie mojego ojca. Co on do cholery wie? Ile razy z nim rozmawiał? 1? 2? Nienawidziłam tego dnia z minuty na minutę co raz bardziej.
- Zanim przegrał walkę z rakiem, był utalentowanym piłkarzem, wielokrotnym reprezentantem naszego kraju... Ale przede wszystkim – był człowiekiem. Kochającym mężem, ojcem... Zasłużonym obywatelem naszej ojczyzny. Takiego go zapamiętamy.

***
Stała przed nagrobkiem, na którym widniało małe zdjęcie i krótki napis: ŚP. Tadeusz Adamczyk. Przeżywszy 51 lat, przegrał walkę z chorobą. Kochający ojciec i mąż.
Poniżej, tak bardzo znienawidzony przez stojącą nad grobowcem dziewczynę, cytat: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.”
- Chodź już, Maja. Zaraz zacznie padać.
I mimo że nadal był moim przyjacielem, miałam ochotę do uderzyć, wykrzyczeć nie do końca miłe słowa, wszystkie żale i złości, które leżały mi na sercu.
- Nie udawaj, że się martwisz – syknęłam cicho, nie patrząc na niego.
- Nie mów tak, proszę... Cokolwiek się między nami ostatnio działo, dalej jesteś dla mnie najważniejsza.
Zanim wyczytał z mojej twarzy, że powiedział nieodpowiednie słowa, w obecnej sytuacji, odwróciłam się plecami do grobowca i ruszyłam alejką do wyjścia.

***
Co tak właściwie było nieodpowiedniego w jego słowach? Nie wiedziała. Nie rozumiała swojego obecnego zachowania. Winiła wszystkich dookoła, ale nie siebie. Winiła Mariusza. Dlaczego winiła jego? Bo tak cholernie ją zawiódł. Zostawił w najtrudniejszych chwilach jej życia. Mimo że ona nigdy tego nie zrobiła. Ciągle wracała rok wcześniej, kiedy stanęła na głowie, aby tylko Wlazły mógł grać w reprezentacji. Aby jego zdrowie na to pozwalało.
A teraz? Jakby nigdy to nie miało miejsca. Jak gdyby wcale wraz ze swoją mamą, nie rehabilitowała jego złamanego palca i pleców, nie przyczyniła się do jego wyjazdu na rehabilitację do Hiszpanii.
Nie potrafiła zrozumieć tego, że człowiek, dla którego poświęciła tak wiele, zostawił ją w takim momencie.

***
Zrozumiała to dopiero późnym wieczorem, następnego dnia. Zrozumiała, jak wielką jest egoistką.
Owego wieczoru, stanęła przed rodzinnym domem Wlazłych i zapukała mocno w mosiężne drzwi.

***
Stanęli naprzeciwko siebie. Jedno ze zdziwioną miną, drugie ze łzami w oczach.
- Przepraszam.
- Zawsze przy tobie będę, Majuś. Pamiętaj o tym.
Po tych z pozoru prostych słowach, wszystko wróciło do normy.

17 czerwca 2006 roku
- Ja, Mariusz, biorę Ciebie, Paulino, za żonę...
Brunet stojący na środku kościoła przeżywał właśnie jeden z najważniejszych momentów w swoim życiu. Dziewczyna stojąca parę metrów od niego, wpatrywała się pustym wzrokiem na splecione dłonie dwójki przyszłych małżonków. W środku biła się z myślami. Było jej niewyobrażalnie ciężko, ale o tym wiedziała tylko ona. Reszta mogła się tylko domyślać. Chociaż nie wiadomo, czy nawet starali się to robić. Ślub Mariusza był chyba ponadto. Tak patrzyła na to wszystko Maja Adamczyk.
- W porządku? - usłyszała cichy szept.
Przeniosła zmęczony wzrok na Miśka. Cieszyła się, że był przy niej. Przynajmniej on godnie reprezentował się w roli świadka.
Prawie niezauważalnie kiwnęła głową, a chwile później poczuła, jak niebieskooki przyjaciel chwyta ją delikatnie za rękę.
- ...I że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Ścisnęła mocniej dłoń siatkarza. Po jej bladym policzku, mimowolnie spłynęła pojedyncza łza. Nie była to jednak do końca łza szczęścia.

***
„And the risk that might break you
is the one that would save
A life you don't live is still lost
So stand on the edge with me
hold back your fear and see
Nothing is real til it's gone”

(„I ryzyko, które może cię złamać
jest tym, które może Cię uratować
Życie, którego nie przeżywasz jest nadal stracone
więc stań ze mną na krawędzi
powstrzymaj swój strach i spójrz
Nic nie jest prawdziwe dopóki jest nieobecne”)


***
Nie potrafiła się żegnać. Nie chciała się żegnać. Ale chciała wyjechać. Chciała zacząć nowe życie. Zrozumiała, że czasami tak po prostu jest. Stoimy między tym, co kochamy, a tym, co musimy zrobić. Co powinniśmy zrobić. Ona sama nie wiedziała, co powinna zrobić. Kierowała się bezradnością. Cholerną bezradnością, na którą nie umiała znaleźć dobrego sposobu.
- Nie chcę się z tobą żegnać – powiedział cicho, czując, że zbliża się to, co nieuniknione.
- Nie powinieneś się ze mną żegnać.
Spojrzał smutnym wzrokiem na dziewczynę.
- Obiecaj, że nie zapomnisz.
- Obiecaj, że zawsze będziesz.
Dwie obietnice, które na zawsze miały zostać nienaruszone.

Ostatni raz odwróciła się. Spojrzała na niego. Po jej policzku spłynęła ostatnia łza. Po tym zniknęła za wejściem do samolotu. Zniknęła, aby rozpocząć nowe życie.
Już nigdy nie będzie płakać.
Nie będzie płakać, bo nigdy nie pokocha.
Bo wie, jak bardzo można być zranionym przez los.
Tego była pewna.
To wiedziała.


___________________________________
Ten rozdział był dla mnie strasznie ważny. Spieprzyłam trochę końcówkę, ale generalnie oprócz tego jestem chyba zadowolona. 
Znowu mam wszędzie zaległości, ale niestety, nie mam komputera... Teraz udało mi się na chwilę wejść, więc szybko dodaję i postaram się wszystko ponadrabiać u Was.
Następny rozdział? Nie mam pojęcia kiedy, jakoś za tydzień pewnie, bo wtedy będę już mieć cały czas komputer. 

Piszcie, co myślicie o tym rozdziale. To dla mnie strasznie ważne.
Buziaki ♥


EDIT: Dopiero teraz rozkminiłam, że Anonimowi użytkownicy nie mogli komentować. Dlatego już to zmieniłam :) Kazdy moze komentować, więc liczę na jakieś opinie - te anonimowe najbardziej chyba :)